Wszystko zaczęło się na Różanym Potoku, lecz niewiele stamtąd pamiętam – jedynie pętlę autobusową, chodzenie po lesie i samo osiedle. Nie przypominam sobie również jak, ale złamałem sobie piętę, która mi odpadła. O dziwo nie odczuwałem bólu, tylko lekki dyskomfort. Tamtejszy znachor jednak wziął moją stopę, włożył tam czarną plastikową rurkę z taśmą do kasy fiskalnej i skleił wszystko butaprenem. Byłoby dobrze, gdyby jakieś potwory mnie nie zaatakowały. Musiałem przed nimi uciekać pomiędzy budynkami osiedla przeszkadzając tym samym wszystkim dorosłym grającym w siatkówkę i dzieciom grającym w piłkę nożną. Udało mi się jakoś uciec i dobiec do lasu, lecz moja pięta znów była w opłakanym stanie. Kość, która wcześniej pękła teraz zwisała jedynie na plastrze, którym szaman zakleił złamanie.
Nie pamiętam co się działo dalej aż do momentu, kiedy stałem w zamkowym bistro. Sama twierdza była olbrzymia i wyższa niż wszystkie inne budynki na osiedlu. Wyglądała jak połączenie poznańskiego Centrum Kultury “Zamek” z fortecami z Might & Magic 7. Bistro przylegało do jednej ze ścian budowli na całej jej długości i miało kształt uciętej w połowie kopalni LC z Earth 2160. Po lewej stronie znajdował się automat do hot-dogów, po prawej automat do kawy.
Do kasy podszedł jeden z ochroniarzy i poprosił mnie o kawę orientalną. Podszedłem więc do maszyny z hot-dogami i nalałem majonez do bułki. Zrobiłem z siebie idiotę. Przez chwilę tłumaczyłem się ochroniarzowi, po czym podszedłem do automatu z kawą. Podałem gorący napój ochroniarzowi i poszedłem na zaplecze, gdzie po prawej stronie były dwa sklepy. Wszedłem do tego bliżej wejścia. W środku stał mag otoczony przez różnego rodzaju zbroje. Za jego plecami był regał wyłożony bronią białą, kuszami i kosturami. Chwilę rozmawiałem ze sprzedawcą po czym poszedłem do drugiego sklepu.
Pomieszczenie wyglądało prawie tak samo, jak to z którego wyszedłem, z tym, że wszystko tutaj było zakurzone, a zamiast maga pośrodku pokoju stał licz z ilustracji Lightning Talons. Szybko wróciłem do poprzedniego sklepu i wyrzuciłem szybko co się dzieje w sali obok i zażądałem jakiejś broni. Mag dał mi kostur świecący bladym niebieskim światłem. Chciałem powiedzieć, że nie potrafię się tym posługiwać, ale maga już nie było. Wróciłem więc z laską do zakurzonego pokoju z ożywieńcem, który od razu się na mnie rzucił. Sparowałem jego cios szponami za pomocą kostura i uderzyłem go w bok czaszki, złapałem kij za końcówkę i zadałem cios w kręgosłup. Szkielet szybko się obrócił i chciał wbić mi pazury w serce, lecz uniknąłem ciosu i uderzyłem w licza od góry. Chwyciłem kostur jak włócznię i przebiłem trupa. Kij utkwił w ożywieńcu. Zaczął rosnąć, rozgałęziać się i oplatać kościeja, a następnie go zgniatać. Roślina zmiażdżyła wszystkie kości i zniknęła w rozbłysku błękitnego światła.
W rogu pokoju pojawił się mały migoczący punkt od którego odchodziły białe fale. Był identyczny ze znacznikiem miejsca na budowę budynku w miastach w Spore. Podszedłem do tego miejsca. Wszystko zniknęło.
Pojawiłem się w wielkiej zielonej krainie, będącej połączeniem trawiastych wzgórz z M&M7 i dżungli Naya. Stałem w pobliżu jakichś ruin i rozglądałem się, kiedy zza kolumny wyskoczyły na mnie gargulec, dwa lwy i coś, co mogło być zarówno mantikorą jak i sfinksem. Uciekałem przed nimi, aż znów błysnęło niebieskie światło, a ja zderzyłem się z kasą bistro. W dłoni trzymałem klucz, tak samo jak dwójka ochroniarzy za ladą. Podszedłem do nich i wtedy klucz wyrwał mi się z ręki i połączył się z kluczami ochrony. Błysnęło białe światło i przede mną na ziemię spadła książka.
Podniosłem ją i przede mną pojawił się facet. trochę podobny do autora “Autostopem przez galaktykę”i odrobinę do Baracka Obamy. Od razu rzuciłe się na moją książkę. Powiedział, że jest kolekcjonerem rzadkich dzieł. Zaprosił mnie w podróż abym razem z nim mógł szukać białych kruków. Poszliśmy więc na dworzec i pojechaliśmy pociągiem do Włoszczowa.
Jechaliśmy bardzo krótko. Wyszliśmy na peronie, który bardzo przypominał mi stację metra. Zaraz przy drzwiach pociągu rozłożony był stragan z książkami, który od razu zaciekawił mojego towarzysza. Sprzedawały tam dwie dziewczyny – brunetka z Pick Up Artist i ładna, ale głupia blondynka. Kiedy pociąg odjechał, na ścianie za torami ukazały się półki zawalone wielkimi tomami historii Włoszczowa. Chciałem po nie sięgnąć, ale jedna z dziewczyn mnie odciągnęła. Zapytałem się jej gdzie tam się można przespać. Wskazała mi dach dworca, przypominający meksykańską hacjendę. Właśnie tam poszliśmy spać.
Śniła mi się kostka Rubika.
Kiedy się obudziłem i spojrzałem na zegarek zrozumiałem, ze za chwilę nam pociąg ucieknie. Krzyknąłem na towarzysza, żeby wstawał i pobiegłem do kolei, żeby przytrzymać drzwi, ale nie zdążyłem. Poszedłem do rozkładu jazdy i sprawdziłem, że następny pociąg jedzie dopiero następnego dnia.
Nazajutrz szybko pobiegłem na peron i zdążyłbym, gdyby blondynka nie rzuciła mi się na plecy i nie złapała za szyję, żeby mnie poderwać.
Obudziłem się.
Małe koszmary